„…to bardzo wyjątkowe miejsce,

gdzie spotykają się bardzo wyjątkowi ludzie.

Ludzie roztańczeni, ludzie rozśpiewani,

czasem nawet jedno i drugie!”

W  taki oto sposób można by opisać każdy Teatr Muzyczny do jakiego uda się wstąpić nam, jedynie biernym, słuchaczom musicalowych widowisk. Do grona tego typu osób ostatnimi czasy przystąpiłam ja sama. A co sprawiło, że mój zachwyt nad musicalami sięgnął szczytu? Sprawiły to dokładnie dwa spektakle, których zarówno historia jak i muzyka są niezmiernie odmienne, ale tak samo wspaniałe.


Pierwszym jest chorzowska wersja  broadwayowskiego hitu „Jekyll i Hyde”. Tutaj uwiodła mnie nie tylko cudowna muzyka i treść utworów, nie tylko wspaniała scenografia i kostiumy, nie tylko świetnie dograna choreografia, ale przede wszystkim poruszająca rola Janusza Krucińskiego, który przez te dwie godziny był prawdziwym Jekyllem i Hydem. Siedząc w drugim rzędzie można nie dopatrzeć wielu aspektów przedstawienia, jednakże to co najważniejsze ma się na wyciągnięcie ręki. A najważniejszym była zdecydowanie kluczowa scena konfrontacji głównego bohatera, jego walki wewnętrznej.


Drugim musicalem, które pogłębiło moją miłość do tego typu produkcji, jest „Spamalot”. Ten zgoła odmienny spektakl pokazuje, że życie nie zawsze musi być brane na poważnie.


„…Kiedy masz wiarę w coś, zawsze
ją w sercu noś.
Płyń pod prąd, mimo fal, znajdź swój
Graal…”


Od 18 marca, Wrocław był stolicą aktorskiego śpiewania. W końcu nie na darmo odbywał się tam 32 przegląd tej właśnie piosenki. W ramach tego wydarzenia, dolnośląskie centrum postanowiła odwiedzić trupa gdyńskiego teatru muzycznego, która przygotowała polską wersję broadwayowskiego musicalu "Spamalot", podchodzącego dosyć oryginalnie do historii króla Artura i jego rycerzy.


Odkąd, od jakiegoś czasu, legendy arturiańskie znajdują się w kręgu moich największych zainteresowań, wszystkie filmy, książki a także projekty muzyczne o tej tematyce natychmiast mnie do siebie przyciągają. Nie mogło być inaczej i w tym przypadku. Już wcześniej słyszałam o wersji legend w wykonaniu kultowego Monty'ego Pythona, jednakże dopiero niedawno dowiedziałam się o jej musicalowym wykonaniu. Zanim pojechałam do Wrocławia zapoznałam się z broadwayowską wersją „Spamalota” i już wtedy wiedziałam czego się spodziewać, a utwory takie jak „Knights of the Round Table” czy „His nam is Lancelot” sprawiały, że za każdym razem uśmiechałam się od ucha do ucha. Ponadto czytałam wiele pochlebnych opinii na temat polskiego wydania musicalu i jechałam na Dolny Śląsk pełna oczekiwań i z wielkim podekscytowaniem. Nie zawiodłam się. Szkoda tylko, że może minąć wiele czasu do momentu następnej okazji zobaczenia "Spamalotu". Na wydanie polskiej wersji spektaklu w postaci DVD bądź choćby płyty z samą muzyką raczej nie ma co liczyć. Na szczęście pozostają wspomnienia,  a te są jak najlepsze.


„…Pewnego dnia, przemierzając kraj,
ujrzałem jak z wód jeziora wyłania
się kobieta…”


Kiedy o godzinie 18.30 podjechałam pod Teatr Polski we Wrocławiu już wiedziałam, że widownia będzie zapełniona po brzegi. Świadczy o tym też fakt, że wiele osób przybyło na spektakl bez biletu i spędziło najbliższe dwie godziny na schodach bądź miejscach, które były puste z racji nie przybycia niektórych widzów. Godziną rozpoczęcia miała być 19.00 jednakże opóźnienia związane z ciągłym przybywaniem gości sprawiły, że musical rozpoczął się z kilkunasto minutowym opóźnieniem. Wszystko jednak, cały ten czas oczekiwania, zrekompensowały mi następne dwie godziny, podczas których na dobrą sprawę nie opłacało się przestawać śmiać.


A rozpoczęło się dosyć niewinnie. Można to było także zauważyć po reakcji publiczności, która z początku jakby nieśmiała, z minuty na minutę rozkręcała się aby pod koniec, podobnie jak ja, płakać ze śmiechu. Pierwsze kilkanaście minut było więc niejako wstępem do tego co miało nastąpić później. Ja, z racji tego, że byłam obeznana z wersją z Broadwayu, wiedziałam co mnie po kolei czeka. Dlatego też zdarzało mi się zawczasu śmiać, co wywoływało dziwne reakcje osób siedzących obok, ale po godzinie oglądania już nikt nie zwracał na to uwagi.


Najpierw mieliśmy zapoznanie się  z głównymi bohaterami spektaklu: Arturem i jego „koniem” oraz giermkiem Patsym, Galahadem, Panią Jeziora, Lancelotem, Robinem i Bedeverem a także z Historykiem, który był narratorem całej opowieści. I to właśnie on otwiera sam musical opisem sytuacji Brytanii, w którym to opisie nie brakowało już elementów humorystycznych. Jednakże dopiero pierwsze spotkanie z Arturem, który ćwiczy swoją jazdę konną, doprowadziło do głośnych śmiechów na widowni. Podobnie zresztą miała się sytuacja z zapoznaniem się z Galahadem, który okazał się intelektualistą o socjalistycznym zabarwieniu. Po tym nastąpiło wielkie wejście Pani Jeziora a następnie mianowanie Galahada na rycerza Artura.


W tym miejscu można by zakończyć pierwszą część spektaklu. Owszem, 1 Akt kończy się dużo później, ale właśnie od tego momentu jednym z aktorów stała się także widownia. Wizyta w Camelocie i słynna piosenka „Ryczerze Okrągłego Stołu” rozbawiła wszystkich, jednakże to co nastąpiło potem, a mianowicie występ Pani Jeziora, przyćmił jak do tej pory wszystko. Marta Smuk, która wcielała się w tą rolę, dała popis swoich umiejętności. Mieliśmy tutaj całą gamę utworów od jazzowych piosenek, przez Lady Gagę na piosenkach z reklam Plusa skończywszy (w tej roli słynne siostry Bezendu). Po tym występie sala zatrzęsła się od braw. Ale to co nastąpiło potem nie ustępowało w niczym popisom Pani Jeziora. Dokładnie rzecz biorąc otrzymaliśmy piosenkę typu „We are the World”. Tutaj również nie przesadzam, czego chyba nie można powiedzieć o twórcach, którzy przesadzali do woli, ale w świetnym guście. Pojawianie się na scenie Michaela Jacksona, Elvisa Presleya, a z polskiego podwórka Maryli Rodowicz i wreszcie Wioletty Villas i śpiewających piosenkę „Znajdź swój Graal”, wywoływało napady śmiechu i oklasków całej widowni.


Podobnie rzecz się miała z kolejnym epizodem, a mianowicie poszukiwaniem Graala u swoich sąsiadów zza morza, czyli Francuzów. Tutaj, trzeba przyznać, znakomicie spisali się tłumacze, którzy bardzo dobrze sprostali zadaniu i przetłumaczyli frazy francuskich żołnierzy w sposób bardzo komiczny, a przy tym oddający, że się tak wyrażę, francuskość. Ta scena jest również świetnym przykładem na to, że ten spektakl wyśmiewa się nie tylko z historii Anglii, Francji, ale także choćby mitologii. W końcu każdy wie, że niezawodnym sposobem na zdobycie zamku wroga jest drewniany królik, w którym na nieszczęście zapomnieli się ukryć Galahad i reszta.


W tym miejscu kończył się 1 Akt całego spektaklu, więc i ja zakończę ten akapit mojej relacji słowami francuskiego żołnierza:  „…dawać tu la kan – kan grupę!”



Galahad i Pani Jeziora
Fot. 1 Piotr Manasterski

2 Akt otwierał utwór, który stał się niejako przewodni dla całości. „Always Look on the Bright Side of Life”, bo taki jego tytuł, przewija się już niemal do końca spektaklu. Jednakże zanim ten koniec nastąpił, było wiele fantastycznych scen i utworów. Wśród nich na pewno trzeba wymienić piosenkę na cześć dzielnego Sir Robina, który rzeczywiście bardzo dzielnie słuchał o tym jak to rzekomo ma gdzieś, że wrogowie chcą mu odciąć rękę, nogę, głowę itd. Jednak ten sam „dzielny” Sir Robin tłumaczy królowi Arturowi, że aby wystawić musical na Broadwayu, który notabene leży w kraju jeszcze nie odkrytym, potrzebni są im Żydzi. A tych niestety brak. I tutaj znów byliśmy świadkami kolejnej prześmiesznej piosenki. Potem okazało się, że Żydem był Patsy, jednak bał się do tego przyznać, ponieważ: „nie mówi się takich rzeczy, przy uzbrojonym katoliku.”



Pani Jeziora

Fot. 2 Piotr Manasterski

Po tym nastąpił moment, na który chyba czekałam najbardziej. Do głównej akcji wkroczył Sir Lancelot oraz Herbert, „nieco” zniewieściały książę, szukający miłości. Jak zapewne jest się łatwo domyślić, odnalazł ją i to pod postacią pewnie najmniej oczekiwaną. „On zwie się Lancelot” na pewno rozwiało wątpliwości i rzecz stała się faktem, który jak stwierdził w finale sam zainteresowany, będzie budzić kontrowersje nawet za tysiąc lat. A zatem po słowach Herberta – „…Lancelocie po co ty swe chowasz Preferencje względem różnych spraw…” – otrzymaliśmy dawkę wspaniałego humoru, a zarazem popisy umiejętności tanecznych, nie tylko Lancelota.


Jednakże finał był dopiero przed nami. Tutaj nastąpił zaś moment kiedy wszyscy na sali wręcz płakali ze śmiechu. Otóż  w kulminacyjnym momencie, kiedy Artur jest już bardzo bliski odnalezienia Graala, okazuje się, że na przeszkodzie staje im "straszliwy" potwór i do zniszczenia go, świta z Camelotu postanawia użyć Świętego Granatu z Antiochii. Aktor, który czytał instrukcję jego obsługi, a była to Księga Broni (rozdziału i wersu już nie pamiętam), ma u mnie najwyższy szacunek. Podobnie zresztą jak tłumacz, który po raz kolejny udowodnił swój talent do tego zawodu. W tym miejscu chciałabym zacytować owego mnicha, gdyż opisać tą sceną jest naprawdę trudno. „Gdy do trzeciej liczby odliczysz, a liczba ta jest trzy, uniesiesz Święty Granat z Antiochii i pyrgniesz nim we wroga swego. Ten zaś, niemiłym mi będąc odwali kitę…”



Czytanie Księgi Broni

Fot. 3 Piotr Manasterski


Król Artur

Fot. 4 Piotr Manasterski

Finał okazał się bardzo szczęśliwy, a owacja na stojąco przez kilka dobrych minut oraz wspólne śpiewanie „Always Look on the Bright Side of Life”, świetnie pokazują, jakie wrażenia wywarli gdyńscy twórcy na wrocławskiej publiczności. Z całą pewnością nie przekazałam tutaj nawet połowy tego wszystkiego w co obfitował „Spamalot”. To po prostu trzeba zobaczyć samemu. Mam jednak nadzieję, że może chociaż troszeczkę przybliżyłam ten spektakl.


Chciałabym jeszcze dodać, że przedstawienie nie byłoby tak udane gdyby nie aktorzy, którzy znakomicie sprawdzili się w swoich rolach. Według mnie na największe brawa zasługują Marta Smuk (Pani Jeziora), Marek Kaliszuk (Herbert), Jerzy Michalski (Galahad) i Bernard Szyc (Artur).  Po za tym tak jak już wielokrotnie wspomniałam świetnie spisali się tłumacze. Dobrze wiemy, że trudno jest przełożyć niektóre angielskie wyrazy na język polski. Na szczęście Ci, którym powierzono to zadanie w przypadku „Spamalotu” nie poszli na łatwiznę i zrobili to najlepiej jak mogli.


Brawa należą się również za to, że twórcy nie bali się także sięgnąć do polskiej historii. Wplecenie wątku Juranda ze Spychowa czy Niemca, którego Wanda nie kochała, okazało się strzałem w dziesiątkę. Jestem przekonana, że jeszcze wielu zostanie zauroczonych tą wersją legend arturiańskich. Na pewno znajdą się tacy, których nie porwie ta historia, jednakże mam nadzieję, że osób, które potrafią podejść z dystansem do życia i czasem pośmiać się z własnej historii, spojrzeć na nią z przymrużeniem oka, będzie coraz więcej. A wszystko dlatego, że…


„Życie lepszy ma smak, gdy zmartwień brak.
Gdy życie smak ma gorzki
To niepotrzebne proszki
Wystarczy śmiać się, tańczyć, śpiewać w głos.
Lecz gdy znów cię najdzie dół
Nie siedź zgięty w pół
Wesoło gwiżdż i w górze trzymaj nos
Bo…życie lepszy ma smak, gdy zmartwień brak.”


************************************************


Dla zainteresowanych informacjami na temat "Spamalotu" poniżej umieszczam linki do stron z nimi.


Opis spektaklu na stronie TM w Gdyni


Filmik zawierający fragmenty spektaklu i wywiad z aktorami


Relacja z wrocławskiego przedstawienia wraz z filmikiem


Filmiki z 32. PPA we Wrocławiu (fragment "Spamalotu" w Kronice 32. PPA 2)


Artykuły na temat "Spamalotu" w gazeta.pl


"Znów jestem sam" - jedna ze scen spektaklu


Kategoria: Kulturalnie

Wielki Finał FMF w Krakowie!!

31.grudzień.2010, 16:02

W nocy, z 22 na 23 maja po raz trzeci mogliśmy usłyszeć muzykę, która już przeszła do historii. Około 300 artystów wykonało na żywo muzykę, która przeniosła nas do Śródziemia. Pod wrażeniem były nie tylko tłumy widzów, ale chyba przede wszystkim gość specjalny, długo wyczekiwany w Krakowie, Howard Shore.



Finałowy koncert 3 Festiwalu Muzyki Filmowej

Ostatni tydzień był bardzo ciężki dla Krakowa, jak i dla całej południowej Polski. Nadal trwa w całym kraju walka z wielką wodą, która przeobraziła Wisłę nie do poznania. Po tym jak od poniedziałku każdy z Krakowian spoglądał w kierunku tej dobrze znanej nam rzeki, która w ciągu kilku dni zmieniła się nie do poznania, w sercach wielu fanów muzyki wkradł się także niepokój o realizację 3 Festiwalu Muzyki Filmowej.

W poprzednich dwóch latach koncerty odbywały się na Błoniach. Już rok temu pogoda niemalże uniemożliwiła realizację koncertu finałowego, czyli drugiej części Trylogii Tolkiena. Jednakże upór organizatorów, ale także fanów sprawiły, że mimo tych przeciwności muzyka Howarda Shore’a rozbrzmiała w sercu Krakowa. I tym razem miało być podobnie. Organizatorzy wiedzieli, że nie mogą się poddać kapryśnej pogodzie i postanowili przenieść festiwal, na tydzień przed rozpoczęciem, do centrum Nowej Huty.

Odkąd po raz pierwszy ujrzałam "Władcę Pierścieni" i usłyszałam muzykę skomponowaną do tego filmu, marzyłam o tym aby usłyszeć ją na żywo. To marzenie mogło się już spełnić 3 lata temu. Niestety z przyczyn losowych nie mogłam pojawić się na krakowskich Błoniach. Jednakże wysłuchania muzyki do "Dwóch Wież" nie mogłam już przepuścić i rok temu spełniłam swoje marzenie. Wielka przygoda, bo tak można to nazwać, nie skończyła się jednak na tym. W tym roku na finałowym koncercie festiwalu muzyki filmowej miał pojawić się ten, na którego czekali od 3 lat wszyscy fani Trylogii. Jadąc więc wczoraj w stronę Nowej Huty w Krakowie, miałam cichą nadzieję na ujrzenie jednego z największych kompozytorów muzyki filmowej. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że moje kolejne marzenie się spełni.

Centrum Nowej Huty. Nad nami wielki napis „Huta im. T.Sendzimira wita”, a przed nami wielka kolejka, wypełniona rozentuzjazmowanymi ludźmi. Po standardowej kontroli wchodzimy do autobusu, który ma nas zawieźć w centrum samej huty, pod halę ocynowni ArcelotMittal Poland, gdzie ma mieć miejsce punkt główny tego dnia. Po pełnej wrażeń przejażdżce (jeszcze nigdy nie jechałam autobusem linii Festiwal Muzyki filmowej, w dodatku pomiędzy potężnymi halami i innymi dziwnymi budynkami huty) dotarliśmy pod miejsce docelowe i po kolejnej kontroli, ale tym razem już tylko biletów, zaczynamy szukać sobie miejsca. Po drodze podziwiamy rozmiary i wygląd samej hali, która robi niezwykłe wrażenie swym rozmachem a także klimatem. Na wyobraźnię działa obraz pracujących tu kilkadziesiąt lat temu hutników i maszyn hutniczych. W końcu znajdujemy dla siebie idealne miejsce i możemy rozejrzeć się wokół. Jest godzina przed rozpoczęciem koncertu, ale już ponad połowa miejsc jest zajętych.


Widownia była pełna po brzegi

Każdy stara się jak najprzyjemniej spędzić tą godzinę, robiąc pamiątkowe zdjęcia, zabijając głód lub pragnienie. W końcu jednak na ekranie pojawia się wielki napis „The Lord of the Rings”, a na scenę wkracza chór oraz skład orkiestry Sinfonietta Cracovia.


Skład orkiestry i chór liczyły ponad 300 osób

Zaraz po nich pojawiają się prowadzący koncert, a wśród nich Bartosz Kasprzykowski, który wita wszystkich cytatem z filmu. Jednakże to co nastąpiło po chwili było jak eksplozja – Howard Shore został przywitany burzą oklasków i zawołań. Sam kompozytor nie ukrywał swojego wielkiego zaskoczenia dla skali jego popularności, a przede wszystkim dla poziomu wykonania poprzednich dwóch części Trylogii. Po za tym nie ukrywał, że żałuje, iż nie pojawił się na wcześniejszych edycjach festiwalu, obiecując zarazem, że przyjedzie ponownie do Krakowa, który najwyraźniej przypadł mu do gustu.


Howarda Shore'a przywitała burza oklasków

Około godz. 21.10 nastąpił moment, na który czekaliśmy najbardziej. W hali ocynowni zabrzmiały pierwsze takty muzyki do "Powrotu Króla" i tym samym rozpoczęło się blisko 4-ro godzinne widowisko, które obfitowało we wzruszenia, chwile radości, ale także grozy.


Od początku do końca na sali panowało skupienie i cisza

"The Return of the King" w wykonaniu Sinfonietta Cracovia, chóru Pro Musica Mundi i chóru chłopięcego z Bochnii, Kaitlyn Lusk oraz Stefana Leadbeatera i pod batutą Ludwiga Wickiego był czymś niezwykłym. Wielokrotnie podłoga drżała od monumentalnych dźwięków, a śpiew solistów i chóru wprawiał zarówno w zdumienie jak i wzruszenie. Szczególnie kilka fragmentów wywołało we mnie mocne uczucia. Były to partie wykonane podczas sceny wjazdu Gandalfa z Pippinem do Minas Tirith, sceny zapalenia wici przez Gondorczyków i przekazania ich do Rohanu, wydarzeń w tunelu Sheloby, sceny kiedy Sam bierze Froda na ramiona oraz wydarzeń w samej Górze Przeznaczenia. Wykonania piosenki końcowej, przez Kaitlyn Lusk, mogłaby zaś pozazdrościć Annie Lennox.

Sam Howard Shore, którego reakcje mogłam zobaczyć z bliska, gdyż siedział kilka rzędów za mną, wydawał się być pod ogromnym wrażeniem. Na jego twarzy  ujrzałam tylko jedno - podziw, uznanie i wielki szacunek dla tych, którzy podjęli się tego niełatwego zadania, jakim było zagranie jego muzyki na żywo.

Ponad 5-cio minutowa owacja na stojąco wskazuje na jakość całego widowiska. Każdy był pod głębokim wrażeniem tego czego dokonali, krakowscy, i nie tylko, artyści. Myślę, że mimo późnej pory każdy z tam obecnych mógłby na drugi dzień znowu odbyć tą niezwykłą podróż do Śródziemia. Mam nadzieję, że krakowski festiwal wróci jeszcze kiedyś do tolkienowskiej trylogii, bo tamtejsza muzyka jest niezwykła i warto aby inni, którzy nie mogli przybyć teraz, też mogli przenieść się w ten magiczny świat.

Ps. Wszystkie zdjęcia wykonałam osobiście.


Kategoria: Kulturalnie

Niespodziewana zdolność

12.grudzień.2010, 18:29

Witam ponownie. Tym razem postanowiłam zamieścić od razu dwa kolejne rozdziały: VII i VIII. Na pewno oba różnią się długością od pozostałych :) i kończą one pewien etap mojego opowiadania. No cóż zapraszam do czytania.

Aidil


Wędrówka przez gęsty las nie należy do najprzyjemniejszych. Co chwilę musisz uważać na wystające konary drzew i wypatrywać ścieżki, która niejednokrotnie jakby ukrywała się przed tobą. Po za tym nawet za dnia nie jest tu na tyle jasno by poruszać się szybko. Wszystko to nie tylko męczy, ale przede wszystkim człowiek zaczyna tęsknić za wolną przestrzenią, w której nie dusiłby się już zapachem żywicy i mógłby odetchnąć pełną piersią i poczuć wiatr. Trzech wędrowców właśnie tak czuło się po kilku dniach wędrówki przez gęsty bór, który zdawał się nie mieć końca. Były momenty kiedy zastanawiali się czy aby nie po raz kolejny mijają te same drzewa. Pragnęli jedynie wydostać się z tej ciasnej klatki na świeże powietrze.
- To niemożliwe. Albo chodzimy w kółko, albo ten las nie ma końca. Nie znasz jakichś czarów, które przyspieszyłyby tą wędrówkę?
Owain desperacko szukał wyjścia z całej tej sytuacji, która stawała się dla nich wszystkich niezwykle męcząca. Minęło 5 dni odkąd dołączył do nich Salazar, a oni nadal nie wiedzieli gdzie są, a co najważniejsze nie spotkali do tej pory żadnej osoby. Tym bardziej cała trójka była zaniepokojona. Salazar starał się jak najwięcej dowiedzieć od Godryka o czarodziejach, jakby w ten sposób chciał udowodnić sobie czy nim jest czy też nie. Owain trzymał się raczej z boku podczas trwania ich fachowych pogaduszek. Starał się dostrzec coś co pomoże im wydostać się z tego lasu. Jak na razie jednak nic nie wskazywało na to, aby mieli go prędko opuścić. Wszystko to było tym bardziej dziwne, że Owain nie przypominał sobie aby zapuścił się z Godrykiem aż tak daleko, żeby teraz nie mogli z powrotem dojść do miejsca, w którym wylądowali tydzień wcześniej. Nie doszli też do nowych wniosków w sprawie owej Helgi Hufflepuff, ani tego gdzie teraz mogą być Myrrdin i reszta. Chłopcy powoli zaczynali godzić się z tym, że zostali sami i muszą teraz poradzić sobie jakoś i spróbować odszukać tych, którzy wyjaśnią im o co w tym wszystkim chodzi.
- Jakbym znał, już dawno bym ich użył. Mnie też nie uśmiecha się to ciągłe przedzieranie się przez zarośla. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że to wszystko zostało przez kogoś zaplanowane.

Cała trójka spojrzała po sobie. Każdy z nich wiedział doskonale, że Godryk wypowiedział właśnie to o czym każdy z nich myślał, to co najbardziej ich martwiło i drażniło: dlaczego trzech, żyjących do tej pory spokojnie, chłopców, zostało wplątanych w tą skomplikowaną i niezrozumiałą sytuację.






- Jak to się stało, że ty i Godryk zostaliście przyjaciółmi?
Salazar okazał się bardzo dociekliwym towarzyszem. Momentami Owain i Godryk czuli się jak na przesłuchaniu. Trochę wzbudzało to ich podejrzenia, jednak Salazar nie robił tego w sposób nachalny lecz raczej uprzejmy. Dlatego też z reguły odpowiadali na jego pytania. Częściej to Godryk rozmawiał z Salazarem, mimo iż mogłoby być odwrotnie skoro, jeszcze parę dni temu ten był przekonany, że jest mugolem. Owain starał się być uprzejmy, ale nie do końca ufał ich nowemu koledze. Znał Godryka i wiedział, że ten zawsze wierzył w ludzi i zanim stracił do kogoś zaufanie, musiało stać się coś poważnego. Chyba właśnie dzięki tej cesze łatwo zawierał nowe znajomości, a i ludzie bardzo lubili z nim przebywać. Salazar wydawał się już całkiem inny. Na pewno był bardziej skryty i nie chętnie mówił o samym sobie. To zbliżało go nieco do Owaina, który podobnie nie lubił wyjawiać własnych myśli, tajemnic. Slytherin również był uprzejmy, ale bywały momenty, że po dłuższej chwili rozmowy, zagłębiał się w ciszę własnych rozmyślań. To dodawało mu aury tajemniczości i sprawiało, że w jego przypadku nie tak łatwo dało się zyskać jego przyjaźń. Na pewno te przeciwności przyczyniły się do tego, że między nim a Godrykiem dało się wyczuć jakąś więź. Ich rozmowy zawsze były luźne, otwarte i prowadzone w przyjacielskiej atmosferze.
Tym razem, po raz pierwszy Salazar został sam na sam z Owainem. Godryk poszedł akurat po drewno na ognisko, a oni dwaj mieli za zadanie znaleźć coś do jedzenia.
- Przypadkiem. Kiedyś przyłapałem Godryka na ćwiczeniu magicznych sztuczek w lesie. Był nieźle wystraszony gdy mnie zobaczył. Obiecałem, że go nie wydam, ale poprosiłem też żeby pokazał mi kilka sztuczek.
- Zawsze myślałem, że czarodzieje nienawidzą nas zwykłych ludzi. – Owain popatrzył na Salazara unosząc brwi do góry – I znowu to samo, nie mogę się przyzwyczaić i wciąż uwierzyć, że sam jestem czarodziejem.
- Tak, ja też nie mogłem uwierzyć, kiedy uwierzono, że ja nim jestem.

- Jak to?
Owain popatrzył na Salazara i przez chwilę się zawahał. Nadal nie ufał mu dostatecznie żeby opowiadać mu o rzeczach, które bolały go najbardziej. W jego głowie pojawił się jednak obraz uciekającego Godryka. „Tak, za to bliskiemu można zaufać dostatecznie” – pomyślał gorzko.
- Zostałem oskarżony o uprawianie magii i zabójstwo dziewczyny. Omal nie spłonąłem na stosie.

Historia ta wywarła duże wrażenie na Salazarze. Bał się pytać o więcej bo czuł, że nie jest to temat do rozmowy. Nie chcąc jednak nic nie mówić w końcu zapytał.
- Pewnie Twoja rodzina była przerażona?
- Nie mam nikogo poza wami – zaśmiał się lekko Owain – zostałem sierotą jeszcze jak byłem dzieckiem. Rodzeństwa też nie mam. Zresztą ty chyba również?

- Tak, jestem jedynakiem. Nigdy nawet nie miałem przyjaciela, z którym mógłbym szczerze porozmawiać.

Owain trochę rozumiał Salazara. Też był w podobnej sytuacji gdy jego domem był przytułek. Po za tym teraz obaj byli sierotami. Ogmore nie wierzył jakoś w to, że rodzice Slytherina przeżyli atak Emeryka, którym musiał być ów mężczyzna. Nie chciał jednak nic mówić o tych rzeczach Salazarowi. To i tak nic by nie zmieniło.




Tym razem znaleźli miejsce na nocleg na rozległej polance. Latem musiało tu być pełno kwiatów, teraz jednak coraz więcej leżało na ziemi liści, które wraz z silnymi podmuchami wiatru odrywały się od gałęzi drzew i spokojnie opadały w dół. Stały się one dogodnym posłaniem i po raz pierwszy od kilku dni chłopcy mogli dobrze się wyspać. Księżyc świecił wysoko przez co dobrze było widać otaczające polankę drzewa. Po środku, tak jak co nocy, chłopcy rozpalili niewielkie ognisko, na którym upiekli znalezione w lesie owoce i grzyby. Nie czuli się zbyt nasyceni, ale cieszyli się z tej odrobiny jedzenia, która pozwalała im przetrwać.
- Myślicie, że w końcu uda nam się stąd wydostać?

- Mam nadzieję. Jeszcze kilka dni i zwariuję. Zawsze lubiłem lasy, ale od teraz minie dużo czasu zanim wejdę do jakiegokolwiek.

Wszyscy troje zaśmiali się ze słów wypowiedzianych przez Owaina.

- No co ty. Ja będę specjalnie przychodził codziennie do lasu żeby sobie trochę pobłądzić i posiedzieć przy ognisku na twardej ziemi – odparł, śmiejąc się Godryk.

Cała trójka ponownie wybuchła śmiechem. Jedyne co pozostało im w tej sytuacji to nie dać się zwariować. Śmiechem pozwalali zabić swoje obawy i podejrzenia. Wiedzieli, że gdyby nie to mogliby nawzajem zacząć się obwiniać, oskarżać a to doprowadziłoby jedynie do pogorszenia ich już i tak złej sytuacji. Zarazem jednak byli przekonani, że na dłuższą metę nie zdołają zapobiec takiemu obrotowi spraw.

- Czy myślicie, że przyczyną tego, że nie możemy znaleźć wyjścia jest magia?
Salazar wreszcie zapytał o to, co go martwiło.
- Obawiam się, że tak. Zastanawia mnie tylko, kto za tym stoi i co o nas wie, czego my sami nie wiemy. Ja sam nic z tego nie rozumiem. Do tej pory wszyscy żyliśmy spokojnie, a nagle mam wrażenie, że staliśmy się częścią jakiegoś planu.

Owain pomyślał, że Godryk ma rację. To wszystko jest zbyt dziwne aby było kwestią przypadku. Miał właśnie podzielić się swoimi spostrzeżeniami co do tego, gdy Salazar nagle wstał i zaczął gorączkowo rozglądać się po polanie. Godryk z równie wielkim zdziwieniem i zaskoczeniem spoglądał na młodego Slytherina jak Owain. Salazar zauważywszy, że jego dwaj towarzysze nie wstają, a co ważniejsze spoglądają na niego jak na wariata, zapytał.

- Słyszycie?

- Ale co? Bo po za szumem drzew to ja nic w tym lesie nie słyszę.

- Głosy. Ktoś rozmawia i to nie daleko stąd.

Owain z Godrykiem tym razem poderwali się na równe nogi. Jeśli to prawda być może są uratowani. Zaczęli więc nasłuchiwać, ale nadal nic nie mogli dosłyszeć.

- Cicho jak makiem zasiał. Ja nie słyszę żadnych głosów. Może ci się przesłyszało?
- Niemożliwe. Przecież cały czas ktoś coś mówi.
Chłopcy spojrzeli na Salazara nic nie rozumiejąc.

- Czy to nie dziwne, że ty coś słyszysz a my nic? Wybacz Salazarze, ale chyba uwierzę własnym uszom.

- Poczekaj Owainie. Zauważ, że ta cisza również jest dziwnie….cicha. Jest za spokojnie.
Owain spojrzał na Godryka i już chciał powiedzieć, że zaczynają panikować, ale w tym samym momencie, już cała trójka, usłyszała wyraźnie krzyk. Spojrzeli po sobie i pobiegli w kierunku, z którego dobiegł ich przerażony wrzask. Światło różdżki nie dawało dostatecznej ilości światła, ale Salazar zdawał się wiedzieć dokąd biegnie i pozostali chłopcy postanowili biec jego śladem. Po kilku chwilach Salazar gwałtownie się zatrzymał. Godryk z Owainem omal na niego nie wpadli, ale już po chwili zrozumieli co zatrzymało ich towarzysza. Usłyszeli szum. Nie był to jednak szum wiatru, czy strumyka. Był to odgłos czegoś co pełza. Było słychać to tak wyraźnie, że wszyscy wiedzieli, że nie jest to jedna istota. Stali tak sparaliżowani strachem, gdy znów usłyszeli krzyk. Tym razem dużo wyraźniejszy i dobiegający z bliska. Już wiedzieli, że są niedaleko zarówno tej osoby jak i źródła owego szumu. W końcu Salazar ruszył na przód. Przedarł się przez ostatnie krzaki i wypadł na skraj polany. Obok niego wypadli Godryk z Owainem i to co zobaczyli na oświetlonej księżycem polanie przyprawiło ich o szybsze bicie serca. Po plecach spłynął zimny pot. Na samym środku polany znajdowała się osoba w długiej szacie, która próbowała za pomocą czarów i swojej różdżki nie dopuścić do siebie setki węży, które kłębiły się wokół niczym pszczoły w ulu. Jej wysiłki były jednak nadaremne. Stworzenia zbliżały się coraz bardziej i już tylko centymetry dzieliły je od tej postaci i od szansy zadania śmiertelnego ukąszenia. Były jak zaczarowane, jak pod czyimś dowództwem. Godryk za wszelką cenę starał się wymyślić jakiś czar, Owain zaś rozglądał się wokół za czymś co mogłoby zabić tyle istot. Zdawali sobie jednak sprawę, że owa osoba jest w śmiertelnej pułapce i jeśli nie wydarzy się coś niespodziewanego nie uda im się jej uratować. I wtedy właśnie, jak na życzenie nastąpiło coś czego obaj nie spodziewali się nawet w najśmielszych snach. Salazar podszedł do węży jak zahipnotyzowany i zaczął wydawać z siebie dziwne odgłosy, głównie syki. Owain totalnie nie wiedział co to wszystko znaczy, ale Godryk spoglądał na Salazara ze zdumieniem w oczach, ale chyba jeszcze bardziej z przerażeniem. Owain domyślił się, że dzieje się coś bardzo dziwnego. Po chwili przekonał się, że ma rację. Węże jakby za komendą Salazara przestały atakować ową postać. Odwróciły się w stronę chłopców i zaczęły pełzać w ich kierunku. Godryk popatrzył na Owaina, który również pomyślał o tym samym. Nie sądzili, że po tylu dniach wspólnej wędrówki okaże się, że zostaną wciągnięci w pułapkę i zabici przez węże. Nie mogli uciec. Z przerażenia nogi jakby wrosły im w ziemie. Już czekali tylko na jedno śmiertelne ukąszenie, gdy stworzenia po prostu przepełzły obok nich i zniknęły w zaroślach. Owain otwarł oczy i nie mógł uwierzyć w to co właśnie zobaczył. Godryk spoglądał na Salazara, który jakby obudził się ze snu i patrzył na całą polanę powoli przypominając sobie co zaszło.
- Co się stało? – zapytał słabym głosem. Czuł, że jest mu nie dobrze i miał ochotę upaść na zimną trawę.

- Chyba uratowałeś nam życie – zawołał ucieszony Owain – chyba musimy Ci nieźle podziękować. Prawda Godryku?

Ten jednak nie tryskał już taką radością. Spoglądał na Salazara wzrokiem pełnym podejrzeń i jakby rozczarowania.
- Dlaczego nam nie powiedziałeś?
- Ale o czym?
- Że potrafisz rozmawiać z wężami!! – Godryk musiał to wykrzyknąć. Wiedział, że wężouści zawsze byli związani z czarną magią. Nie mógł uwierzyć, że już zaczął ufać Salazarowi, a nagle okazało się, że posiada zdolność, która praktycznie wykluczała go na margines społeczności czarodziejów.
- Nie sądziłem, że to istotne. Myślałem, że większość z was to potrafi.

- Otóż nie. Tylko czarnoksiężnicy i wszyscy złoczyńcy stojący po stronie czarnej magii.

- Chyba nie myślisz, że mam coś wspólnego z czarną magią. Przecież ja nie znam normalnych czarów a co dopiero takich. Chciałem was tylko uratować, ale widzę, że zrobiłem to nie potrzebnie.

- Owszem. Chyba, że czekasz na dogodniejszy moment.
- Jak możesz!
- Hej, przestańcie!! – Owain postanowił przerwać tą głupią kłótnię. Był zły zarówno na Salazara jak i na Godryka. Nie rozumiał całej te sytuacji, ale wiedział, że Godryk jest niesprawiedliwy - Nie sztuką jest oskarżyć kogoś nie słusznie. Ja wierzę Salazarowi, że nie miał złych intencji. Owszem mógł powiedzieć nam o tym, ale czy wówczas zaakceptowałbyś to łatwiej? Po za tym nie rozumiem o co cały szum?
- A o to Owainie, że wężouści zawsze byli źli i my czarodzieje nigdy ich nie tolerowaliśmy.
- A nie sądzisz, że może właśnie takie myślenie do tego doprowadziło, że zawsze obstawali za czarną magią. Chyba zwłaszcza ty powinieneś to zrozumieć, skoro mugole mają podobne zdanie o czarodziejach.

Godryk spojrzał na przyjaciela a potem na zranionego jego słowami Salazara. Czuł się trochę winny. Wiedział, że nie powinien reagować tak gwałtownie. Wiedział też, że Salazar nie zrobił nic specjalnie i jest niewinny. Zrobiło mu się nieco wstyd i odwrócił wzrok, który padł tym samym na leżącą nieopodal postać. W ferworze kłótni zupełnie zapomnieli o osobie, którą uratowali. Ta leżała na ziemi. Godryk podbiegł więc do niej, a za nim Owain.

- Myślisz, że jest ranny?

- Nie myślę, jestem pewien, że ona jest ranna.

- Co masz na myśli?

Godryk odwrócił postać i oczom Owaina ukazała się młoda dziewczyna o czarnych włosach.


Kategoria: Miecz Godryka

Początek zagadek

12.grudzień.2010, 18:13
Witam ponownie. Tym razem postanowiłam zamieścić od razu dwa kolejne rozdziały: VII i VIII. Na pewno oba różnią się długością od pozostałych :) i kończą one pewien etap mojego opowiadania. No cóż zapraszam do czytania.

Aidil




Ognisko dawało cudowne ciepło. Zimny i przenikliwy wiatr dawał do zrozumienia, że lato nieubłaganie dobiega końca. Noc spędzona w lesie o tej porze roku nie może należeć do najprzyjemniejszych. Na szczęście nasi młodzi przyjaciele mogli spać w przyzwoitych warunkach za sprawą pewnych zdolności. Różdżka potrafi wyczarować wiele. Nie potrafi jednak z niczego stworzyć łóżka, ale może sprawić, że ognisko się nie dopali, nie będzie parzyć gdy ktoś znajdzie się za blisko, a także, że ziemia na której będzie się spało, otrzyma miękkość i ciepło. To wszystko sprawia, że las staje się przyjaźniejszy. Jest tylko jeden warunek. Lepiej żeby to był znajomy las. Niestety nasi przyjaciele nie mogli tak powiedzieć o miejscu, w którym się znajdowali. Byli setki, może tysiące mil od swoich domów, a co najważniejsze od swoich bliskich. To sprawiało, że nawet te magiczne udogodnienia nie mogły zapewnić im spokojnego snu. Troje chłopców siedziało (bądź leżało) wokół ogniska. Dwóch z nich sprawiało wrażenie głęboko zamyślonych, tak jakby próbowali znaleźć wyjście z całej tej sytuacji. Niestety, wbrew ich wysiłkom, okazało się to nie łatwe.
- Masz jakiś pomysł?
- Odnośnie czego?
- Znaleźliśmy się w dość niekomfortowej sytuacji. Jesteśmy sami na jakimś totalnym odludziu, nie wiemy co stało się z resztą, a na dodatek naprzeciwko nas leży nieprzytomny jakiś chłopak, którego mniemam ani ty ani ja nigdy nie widzieliśmy.
- Ty to masz talent do ukazywania wszystkiego w różowych barwach.
- Nie Godryku, po prostu jestem realistą.
- Szkoda tylko, że czasami za bardzo czarno widzisz każdą sytuację. Nie wiem, może na razie jakoś przetrwajmy tę noc a dopiero rano będziemy się martwić co dalej.
- No dobra, ja i tak teraz nie usnę to mogę potrzymać straż.
- Dobrze, ale jak tylko zauważysz coś dziwnego masz mnie obudzić.
Owain bez słowa przytaknął głową. To wszystko zdecydowanie mu się nie podobało. Nie powiedział nic Godrykowi o tym, że ów chłopak za nim zemdlał wymówił nazwisko, które wcześniej usłyszał z ust Myrrdina. Wiedział, że to nie może być przypadek i jest w tym wszystkim jakaś ciągłość. Najgorsze, że obawiał się, że także ich obecne położenie jest jednym z elementów całej tej układanki. „Godryk ma rację” – pomyślał. „Nie ma sensu teraz się zamartwiać. Jednakże zanim powiem mu co usłyszałem od Myrrdina musimy dowiedzieć się kim on jest”. Owain popatrzył na nieprzytomnego chłopaka, który wyglądał na wyczerpanego i stwierdził, że nie wygląda na groźnego, ale lepiej jednak zachować czujność.



Obudził go zapach palonych gałęzi. Nie chciał otwierać oczu, czuł się dobrze tak jak teraz. Pierwszy raz od wielu godzin mógł spokojnie leżeć i nie przejmować się, że zaraz spadnie z tej cholernej miotły. Coś jednak nie pozwalało mu tak beztrosko tkwić w stanie odpoczynku. Otwarł oczy i ujrzał dwóch młodzieńców, którzy krzątali się wokół ogniska, najwyraźniej przygotowując śniadanie. Salazar starał się wstać jak najciszej żeby nie zwracać na siebie uwagi, jakby nie było, dwóch obcych osób. Jednakże ciężka i długa podróż sprawiły, że chłopak narobił przy tej prostej czynności sporo zamieszania.
- Pomogę Ci – Godryk podszedł do Salazara, który próbując stanąć na nogi uczynił coś zupełnie odwrotnego i upadł – na imię mi Godryk.
To powiedziawszy uśmiechnął się i podał rękę nieznajomemu.
- Ja jestem Salazar… Salazar Slytherin.
Całej tej miłej scenie przyglądał się sceptyczny Owain. Ostatnie wydarzenia nauczyły go niezwykłej ostrożności i zanim komukolwiek podał rękę musiał coś więcej wiedzieć o tej osobie.
- To jest Owain – Godryk spojrzał na przyjaciela, który jednakże nie odwzajemniał tej jakże koleżeńskiej atmosfery.
- Witaj – sucho odparł młody Ogmore. Jednakże to chyba wystarczyło i Salazarowi i Godrykowi. Ten drugi wiedział, że Owain ma prawo być nieco bardziej ostrożny i nie zamierzał rozpoczynać z nim następnej kłótni. Gryffindor postanowił dowiedzieć się za to jak najwięcej o tym tajemniczym chłopaku, który tak nagle stał się członkiem ich grupy.
- Skąd jesteś?
Salazar nie chciał za bardzo zdradzać szczegółów dotyczących swojego życia, ale stwierdził, że jednak to jedyne osoby jakie spotkał. A, że jest daleko od domu prawdopodobnie tylko na ich pomoc będzie mógł liczyć.
- Pochodzę z Lincoln…
- Lincoln? Nie słyszałem o tym miejscu. Musi być chyba daleko stąd.
- Tak myślę, w końcu leciałem tutaj niemalże cały dzień.
- Leciałeś? Przyleciałeś? Ale jak? – Godryk tym razem spojrzał na Owaina, który bardzo uważnie słuchał każdego słowa Salazara. Spodziewał się, że ten ma coś wspólnego z czarodziejami, ale nadal nic nie wspomniał o tym Godrykowi.
- Może to trochę dziwne, zresztą pewnie to efekt tej długiej podróży i może mi się tylko tak wydawać, ale przyleciałam tutaj na miotle.
Godryk coraz bardziej nic z tego nie rozumiał. Chłopak przyleciał na miotle, a zatem jest czarodziejem lub zna jakichś czarodziejów. Z drugiej strony zachowuje się jak całkowity mugol.
- Nie wydaje ci się Salazarze. Jednakże ja mam do ciebie jedno znaczące pytanie. Też może zabrzmieć głupio, ale… - Gryffindor napotkał wzrok Owaina, który do tej pory nie odezwał się słowem jakby czekając na odpowiedni moment – czy ty aby nie jesteś czarodziejem?
- Czarodziejem?! Nie! Zdecydowanie nie, chyba mylicie mnie z kimś innym…
- I Helga Hufflepuff też nie jest na to dowodem? – Owain wypowiedział wreszcie to co tak bardzo go interesowało.
- Helga? Skąd o tym wiecie?
- Wypowiedziałeś to imię zanim straciłeś przytomność. Jednakże nie mam pojęcia skąd ty Owainie wiesz kim jest ta osoba?
Godryk popatrzył na przyjaciela z wyrzutem, że ten ukrywał przed nim tą sprawę.
- Nie wiem kim jest Helga Hufflepuff. Znam jednak to nazwisko, usłyszałem je z ust Myrrdina. Hedwig Hufflepuff to osoba, która została zamordowana tamtej nocy przez Emeryka.
- Widzę, że znasz sporo szczegółów dotyczących tej sprawy – Gryffindor nie co zazdrośnie spoglądał na Owaina i zaczynało drażnić go to, że on czarodziej wiedział mniej.
- Tylko tyle wiem i mogę jedynie przypuszczać, że ta cała Helga ma związek z tą Hedwig. Wątpię aby wiele osób nosiło to nazwisko.
Całej tej wymianie zdań Salazar przyglądał się z niepokojem i coraz większym strachem. Jego matka prawdopodobnie nie żyje bo zaatakował ich dom jakiś dziwny mężczyzna. Po za tym chyba był czarodziejem co ukrywali przed nim jego rodzice. To wszystko sprawiło, że stało mu się jedynie nie dobrze i zapragnął z powrotem położyć się i zapaść w błogi sen, aby nie myśleć o tych wszystkich przykrych rzeczach.
- Salazarze! Wiesz kim jest ta kobieta?
Chłopak spojrzał na nich. Nie wiedział co odpowiedzieć. W końcu jednak zadecydował aby powiedzieć prawdę.
- Moja matka, zanim wyruszyłem, nakazała mi abym ją odnalazł a ona wyjaśni mi wszystko. Sam nie wiem co mam o tym myśleć. Do tej pory żyłem spokojnie, gdy nagle tamtej nocy coś się wydarzyło i musiałem wsiąść na tą miotłę i odlecieć. W życiu nie leciałem na miotle, w ogóle nawet nie wiedziałem że coś takiego jest możliwe. Owszem słyszałem o tym, ale wiedziałem, że potrafią to jedynie czarodzieje. Tym bardziej mnie to zdziwiło, że moja mama miała coś takiego. Po za tym kiedy miałem już odlecieć ktoś wpadł do mojego pokoju, jakiś mężczyzna. Zdążyłem jedynie zauważyć, że zaatakował moją mamę, a kiedy odlatywałem z okien domu wydobywały się dziwne błyski i huki. Nie wiem czy moi rodzice żyją, wiem tyle, że wszystko to jest niezwykle dziwne i że nie jestem żadnym czarodziejem. W końcu o takiej rzeczy chyba bym wiedział.
Salazar ostatnie zdanie wypowiedział niemal z desperacją w głosie. Nasłuchał się o czarodziejach, polowaniach na nich i nie chciał być samemu ściganym. Sam nie miał nic przeciwko magii, nawet interesowała i pociągała go na swój sposób. Jednakże coraz bardziej miał przeczucie, że jego rodzice z jakichś powodów ukrywali przed nim jego zdolności.
- Naprawdę nie wierzysz w to, że jesteś czarodziejem? Latać na miotle zwykły mugol nie nauczyłby się przy pierwszym razie. Zresztą nawet sami czarodzieje mają niejednokrotnie z tym problemy – Godryka coraz bardziej interesował ten dziwny młodzieniec – i nigdy nie zdarzało ci się nic dziwnego?
Salazar bardzo chciał powiedzieć nie, ale w jego głowie pojawił się pewien obraz, który stanowczo nie pozwalał mu na to – oddalający się w zarośla jego mały przyjaciel.


Kategoria: Miecz Godryka

Nadciąga burza

26.wrzesień.2010, 22:39

Jestem z kolejną notką :). Trochę później niż to zapowiadałam, ale niestety inne obowiązki nie pozwoliły mi na to. Notka krótsza od poprzednich, ale następne będą na pewno dłuższe.

Buźki :)
Aidil


- Gdzie my jesteśmy i gdzie jest reszta? Myślisz, że tylko my się odłączyliśmy?
- Musiało się coś stać, mam tylko nadzieję, że im nic się nie stało.
Godryk i Owain siedzieli na gołej ziemi rozcierając swoje ręce i nogi, obolałe po upadku z wysoka. Wokół nie było widać żadnej żywej duszy, znaleźli się w zupełnej pustce. Gdzieś w oddali widoczne były zarysy gór, a dosyć niedaleko znajdował się ciemny i gęsty las. Wszystko to było doprawione gęstą mgłą i wilgotnym powietrzem, które zdawało się tworzyć parasol nad tutejszą okolicą. Ciemniejące zarysy drzew i wzgórz przypomniały chłopcom o zbliżającej się nocy.
- Chyba musimy zorganizować sobie jakiś nocleg. Nie wiem jak Ciebie, ale mnie nie zachęca spanie pod gołym niebem, zwłaszcza w taką pogodę.
- Jesteś czarodziejem, w końcu wy możecie wszystko.
W słowach Owaina wyraźnie dało się wyczuć żal i gorycz.
- Masz do mnie żal, prawda?
Owain nic nie odpowiedział.
- Przestraszyłem się, ale byłem tam i widziałem jak ten starzec cię uratował. Wierz mi, nie chciałem aby tak się stało.
- Byłeś tam – z gorzkim uśmiechem odparł Owain – ale nic nie zrobiłeś.
- Wiesz dobrze, że nie mogłem. Wiesz co by to oznaczało.
- Owszem i dlatego ja miałem zginąć na stosie.
- Ty nic nie rozumiesz, przecież…
- Ja nic nie rozumiem? Spróbuj stanąć na przygotowanym stosie i czekać na własną śmierć, zobaczymy czy będziesz wszystko rozumiał.
Owain nie mogąc patrzeć w oczy Godryka wstał i odszedł w kierunku lasu.


Było coraz ciemniej. Godryk starał się dojrzeć gdzieś postać swojego przyjaciela, ale na próżno, widział jedynie drzewa. W środku lasu było tak spokojnie, nie było słychać nawet ruchu gałęzi. Czuć było jedynie w powietrzu zapach żywicy. W pewnym momencie Godryk usłyszał odgłos łamanej gałęzi, położył dłoń na swojej różdżce, jednakże miał przeczucie, że nie będzie mu ona potrzebna.
- Tutaj jesteś. Dobrze wiesz, że nie warto samemu błądzić po ciemnym lesie.
- I kto tu się o mnie troszczy.
Owain stał przy maleńkim stosie z gałęzi, który miał przypominać ognisko.
- Wiem, że zachowałem się jak skończony idiota, ale ty też spróbuj zrozumieć mnie. Postaw się w mojej sytuacji!
Owain nie patrzył w oczy przyjaciela. W gruncie rzeczy nie gniewał się już na Godryka, ale nie mógł się jeszcze do tego przyznać.
- Wiesz co czułem do Adien. A jeśli to wszystko by się wydało? Owain, przepraszam Cię, czy możesz się wreszcie odezwać? Co mam zrobić żebyś wreszcie mi uwierzył?
Godryk bardzo chciał aby wreszcie powrócił jego uśmiechnięty i gadatliwy przyjaciel. Zdawał sobie sprawę, że on sam jest winny całej tej sytuacji, jednakże coraz bardziej czuł też złość do Owaina. Zastanawiał się dlaczego on jest tak głuchy na te wszystkie przeprosiny. Chciał jeszcze coś dodać, gdy jego przyjaciel wreszcie odważył się odezwać, chociaż raczej takich słów się nie spodziewał.
- Na początek przestań gadać, bo coś słyszę.
Godryk natychmiast umilkł. Owain miał rację, wyraźnie dało się słyszeć odgłos czyichś kroków. Obaj rozpoznali, że cokolwiek się zbliżało nie było to raczej zwierzę. Wyraźnie wszystko wskazywało na to, że w ich kierunku podążała jakaś osoba. Godryk miał różdżkę, ale wiedział, że jeśli przeciwników będzie więcej, on i Owain nie mają najmniejszych szans. Stali tak nasłuchując w napięciu, gdy nagle na ich polanę wpadła jakaś postać. Próbowali dostrzec zarysy jej twarzy, jednakże ta potoczyła wzrokiem po całej polanie i zdołała jedynie zapytać:
- Helga…Helga Hufflepuff?
Po czym padła do stóp dwóm oszołomionym młodzieńcom.









Cisza i lekki wiatr nie zakłócały spokojnej toni jeziora. Małe fale delikatnie ocierały się o brzeg a księżyc wesoło zaglądał w środek tej czarnej wody, bawiąc się i próbując przechytrzyć Matkę Naturę poprzez próby dojrzenia dna. Całą zabawę zakłócił na moment obłok, który ospale sunął po niebie zasłaniając świetlisty obiekt. Kiedy księżyc z powrotem chciał wrócić do swojej beztroskiej zabawy, jezioro wyraźnie nie miało już na to ochoty. Lekki szum wiatru przerodził się w coraz większe podmuchy, a malutkie dotąd fale zaczęły uderzać z łoskotem o brzeg. Zbliżała się burza. Na horyzoncie ciemne chmury całkowicie zakryły wzgórza i lasy. Wszystkie stworzenia starały się ukryć przed zbliżającą nawałnicą. Tylko toń jeziora nadal pozostawała niezmieniona i odbijała blask księżyca. To światło zdawało się jednak wyłaniać z samej wody. Było jakby żywe, jakby pewna istota obudziła się z długiego snu. Mimo narastającej ciemności ten blask stawał się coraz wyraźniejszy, a całe jezioro stało się niczym jaśniejąca łuna nad miastem. W końcu spadł deszcz, światło zblakło, ale w środku jeziora nadal tlił się zalążek tej niezwykłej jasności. To ta żywa istota po gwałtownej pobudce, zanurzyła się w toń jeziora, aby czekać.

Kategoria: Miecz Godryka

Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.